Ta strona wyglądała by znacznie lepiej w przeglądarce, która jest zgodna ze standardami, ale prawdopodobnie jej zawartość da się oglądać na każdej innej.

http://trojka.info - #Trojka


Porcupine Tree + Pure Reason Revolution

Kraków, hala Wisły, 7 lipca 2007

Ostatni raz na koncercie Porcupine Tree byłem w roku 2001. Dwie następne płyty tego zespołu, kiedyś mojego ulubionego, mogłyby dla mnie nie istnieć. Steven Wilson usiłował zostać gwiazdą progmetalu, zmienił brzmienie na cięższe i bardziej stechnicyzowane, i pod względem cyferek sprzedaży wyszedł na tym bardzo dobrze. Jednak ja kompletnie nie mogłem znaleźć na In Absentia i Deadwing tego, za co pokochałem Porcupine Tree na The Sky Moves Sideways, Signify czy Stupid Dream - szlachetnej psychodelii, zawartej zarówno w długich, rozbudowanych kompozycjach, jak i kilkuminutowych piosenkach. I choć Fear of a Blank Planet ciągle nie jest płytą moich marzeń, to po raz pierwszy w tym tysiącleciu znalazłem w muzyce Porcupine Tree tamte cechy. I dlatego postanowiłem się w ową sobotę trzech siódemek wybrać do Krakowa.

Dodatkowym magnesem był support - angielski Pure Reason Revolution to największa rewelacja ostatniego roku na scenie artrockowej. Grają świeżo, oryginalnie, radośnie, całkiem przystępnie, ale zupełnie niebanalnie. Cieszyłem się na ich koncert. Niestety - od samego początku dźwięk był po prostu tragiczny. Harmonie wokalne, będące znakiem firmowym Rewolucji, gdzieś ginęły w ścianie hałasu, a poszczególnych kompozycji można się było tylko domyślać. Nie rozumiem czegoś takiego. Wydaje mi się, że ideą występowania jako support band jest możliwość zareklamowania się przed fanami gwiazdy. Gdybym nie znał płyty The Dark Third, to taki koncert nie tylko nie zachęciłby mnie do jej poznania, a wręcz przeciwnie - zniechęcił. A naprawdę, zapewniam, warto ją poznać.

Po przerwie na scenie pojawił się Porcupine Tree i jakość dźwięku była wręcz idealna - zwłaszcza jak na Halę Wisły, o której akustyce nie ma dobrej opinii. Sześć lat temu stałem tam na dole, pod sceną, i sam skakałem, klaskałem i wykrzykiwałem teksty Even Less, Shesmovedon czy Radioactive Toy. W sobotę zająłem miejsce na balkonie... chociaż były momenty, kiedy miałem ochotę udać się na dół i dołączyć do licznego naprawdę (Hala Wisły wypełniona przynajmniej w 2/3) tłumu fanów. Jedno się nie zmieniło - mimo czterdziestki na karku Steven Wilson pozostaje nieprawdopodobnie przystojnym facetem. Do tego miałem wrażenie, że śpiewa tak dobrze jak nigdy wcześniej. Sam koncert miał dosyć niespodziewany dla mnie układ - zespół postanowił odegrać w całości nowy album non-stop, utwór po utworze, ilustrując wszystkie teledyskami prezentowanymi z telebimu. Było intensywnie, poruszająco i chwilami naprawdę magicznie - zwłaszcza przy Way out of Here, który to utwór tak naprawdę doceniłem właśnie dopiero w Krakowie. Chwilka przerwy i zespół wrócił na scenę, aby zagrać set wypełniony utworami z poprzednich płyt. Niestety - zespół najwyraźniej nadal uważa, że jego historia zaczęła się w roku 2002: w sumie pojawiły się tylko dwa utwory z wcześniejszych płyt (Sever i Lightbulb Sun) - najbardziej żałowałem braku Even Less, który się pojawiał na tej trasie. Co więcej, nawret z In Absentia i Deadwing powybierano akurat co ostrzejsze i bardziej stechnicyzowane kawałki - Blackest Eyes, Open Car czy Halo. (Szczerze mówiąc, miałem problem z rozpoznawaniem co niektórych utworów, co dość wyraźnie świadczy o moim stosunku do tych płyt). Fani pod sceną byli w każdym razie zachwyceni. Mieli powody - zespół grał potężnie, Wesley wymiatał na gitarze, o Wilsonie już pisałem. Widać było, że PT wie, że w Polsce ma tych fanów wielu i znają oni twórczość grupy doskonale - zdecydował się zagrać aż trzy utwory w ogóle nie wydane na oficjalnych albumach i zostały one tak samo gorąco przyjęte jak pozostałe, włącznie z odśpiewaniem tekstów.

W sumie było całkiem miło. Mimo tego, że raczej się umocniłem w swojej negatywnej opinii o przedostatnich płytach PT, zwłaszcza o Deadwing. Pierwsza, wspaniała godzina zrekompensowała mi nawet nieszczęsne Halo na ostatni bis. Mam nadzieję, że Steven Wilson przestał już słuchać różnych Opethów i Meshugahhów i że w związku z tym epizod progmetalowy w historii jego najpopularniejszej grupy został ostatecznie zakończony. W końcu, patrząc na trwające około pięciu lat cykle w historii Drzewa Jeżozwierza, tak by właśnie wypadało.

airborn